W poniedziałek, 22 września, w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie miało miejsce pierwsze pozafestiwalowe wystawienie przez grupę “Pod wiszącym kotem”, spektaklu “Tiramisu” Joanny Owsianko oraz fragment “Hamleta” Williama Szekspira.
Grupa “Pod wiszącym kotem”, to grupa koła teatralnego VII Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika, która ma za sobą już ponad siedmioletnią historię. Zdobywała ona liczne nagrody i wyróżnienia w ogólnopolskich festiwalach, w tym także za prezentowane w poniedziałkowy wieczór sztuki. Reżyserką wystawianych spektakli jest mgr Beata Gendek-Barhoumi, polonistka i jednocześnie opiekunka koła teatralnego.
Do teatru zaproszeni zostali goście specjalni. Wśród publiczności zasiedli m.in. prezydent miasta Częstochowy Tadeusz Wrona wraz z małżonką, zastępca naczelnika Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Jarosław Jeziorowski, inspektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Dorota Kawka, poseł na Sejm RP Izabela Leszczyna (w jej imieniu przybył asystent), Ewa Lupa z Urzędu Miasta, dyrektor VII L.O. im. M. Kopernika Danuta Książkiewicz, zastępca dyrektora VII L.O. im. M. Kopernika Zofia Kałka, oraz znana aktorka i reżyserka Monique Stalens.

Sala wypełniła się po brzegi. Po krótkiej zapowiedzi, zaprezentowano widzom spektakl pt. “Tiramisu” Joanny Owsianko. Jest to sztuka o kobietach sukcesu, żyjących w skomercjalizowanym świecie, gdzie hołduje się przede wszystkim dobrom materialnym. Z pozoru są pewne siebie, lecz tak na prawdę ukrywają w sobie proste emocje, z którymi sobie nie radzą. Młode aktorki swobodnie poruszały się w tym wykreowanym na potrzeby przedstawienia świecie, który nie jest aż tak odległy od naszej codziennej rzeczywistości. Dzięki doskonałym kreacjom i prostej, lecz doskonale dopasowanej scenografii, widz mógł całkowicie oddać się rozważaniom na temat problemów poruszanych w “Tiramisu”. Nie można także nie wspomnieć o tym, że sztuka ta jest dość odważna w swej wymowie i w wielu wzbudziła kontrowersje. “Tiramisu” mówi jednak bardzo dużo o naszej kulturze, pogoni za sukcesem oraz wartościach, które kierują naszym życiem, dlatego warto tę sztukę polecić każdemu.
W wystawionym fragmencie “Hamleta” Williama Szekspira, najbardziej podobała się publiczności dynamika akcji i ekspresja aktorów. Spektakl pozbawiony był jakiejkolwiek scenografii – operowano jedynie światłem i dźwiękiem, dzięki czemu zbudowano nastrój grozy idealnie pasujący do sceny objawienia się zjawy – ducha ojca Hamleta. Obydwa przedstawienia zebrały duże brawa i owacje, a grupa “Pod wiszącym kotem” odniosła kolejny sukces w swojej karierze. Tym razem nagrodą była pełna aprobata ze strony publiczności, która ze zniecierpliwieniem czeka na kolejne przedstawienia. Z całą pewnością jeszcze o nich usłyszymy.
We fragmencie “Hamleta” wystąpili: Wojciech Petryński (Horacjo), Konrad Wosik (strażnik), Błażej Jaszczyk (strażnik), Radomir Rospondek (Hamlet), Karol Pruciak (duch), Mateusz Trzmiel (duch).
Obsada “Tiramisu”: Justyna Kostarczyk, Magdalena Tazbir, Dominika Tolewska, Magdalena Dudek, Marta Knysak, Karolina Rospondek, Aida Boral, Tomasz Jaśkiewicz, Tomasz Smykalski, Błażej Jaszczyk.
Obsługa techniczna: Agnieszka Sobczyk, Sonia Szczypińska, Marcin Grajcar, Marek Grajcar, Jan Brożyński, Żaneta Samborska, Martyna Majchrzak.
Reżyseria: Beata Gendek-Barhoumi.
Konsultacja językowa: Małgorzata Korpus (anglista).
Czterech podstarzałych facetów ubranych jak homoseksualiści, sprawdzających pocztę e-mail na swoich laptopach przy dźwiękach elektronicznej muzyki. Tylko ignorant, lub ktoś, kto nigdy o nich nie słyszał, mógłby tak opisać członków legendarnej elektrowni dźwięków, czyli niemiecką grupę Kraftwerk. Ja miałem okazję widzieć ich i słyszeć, podczas tegorocznego festiwalu Sacrum Profanum, dzięki zaproszeniu programu trzeciego Polskiego Radia, na niedzielny koncert 21 września, w hali ocynowni chemicznej Arcelor Mittal w Krakowie.
Nie będę się rozwodził nad dorobkiem, czy historią samego zespołu, bo nie jest to tematem tego reportażu. Tych, którzy nie wiedzą czym jest Kraftwerk, odsyłam do encyklopedii i wspomnę jedynie, że to właśnie oni zapoczątkowali muzykę elektroniczną, a ich muzyka zdobywa wciąż nowych fanów pośród młodych pokoleń.
Pod bramę huty przybyłem o godzinie 19:30. Pogoda była kiepska, więc naiwnie myślałem, że wpuszczą nas wcześniej. Przy wejściu kotłowało się już trochę ludzi, jednak nie były to tłumy. Chcąc schować się przed deszczem, wyczekujący próbowali uciskać się we wnękę obydwóch wejść, jednak wartownik twardym tonem ich odpędził od jednej tłumacząc, że to wejście tylko dla hutników i należy się przemieścić do drugiego. Zapanowała nieco napięta atmosfera, ale rozmowy w tłumie i nieco naciągane żarty poprawiły z powrotem nastrój.
Zgodnie z zaleceniem ustawiliśmy się więc przy wejściu drugim, gdzie było tłoczniej. Przecisnąłem się między ludźmi, żeby być jak najbliżej bramy, bo posiadając miejsce w sektorze stojącym C1 miałem obawy, czy nie stanie przede mną jakiś dryblas skutecznie zasłaniając mi cały horyzont.
Kiedy krople deszczu powoli kapały mi na głowę, przypomniałem sobie opowieść znajomego o tym, jak to władze chińskie stosują tego typu tortury na swoich jeńcach. Nie wiem czy to prawda, ale fakt faktem, nie było to zbyt przyjemne. Na teren huty zaczęły wjeżdżać autobusy. Ktoś żartobliwie wspomniał, że można by się pod nie podczepić, na co kilka osób odpowiedziało sztucznym śmiechem.
Wybiła dwudziesta. Wraz z powolnym otwieraniem się bramki, ludzie zaczęli wlewać się przez nią, jak rzeka po otwarciu tamy. Dwóch młodych miłych chłopców machało czytnikami kodów kreskowych nad biletami i przepuszczało tłum dalej.
Wszyscy skierowali się w stronę autobusów, które miały nas dowieźć do hali ocynkowni. Jako, że jestem niskiej postury, ale posiadam dość sprawne kończyny, udało mi się zabrać już z pierwszym transportem. Autobus upchany był po brzegi. Zauważyłem, że koncert przyciągnął także obcokrajowców. Podsłuchałem rozmowę Holendra z Polakiem, do których przyłączyła się, sądząc po akcencie, jakaś Angielka. Byli podekscytowani wydarzeniem i wymieniali swoje uwagi na temat niemieckiej grupy muzyków. Jechaliśmy dobre kilka minut, a po tym jak wysiedliśmy, drogę wskazywały nam światła reflektorów.
Po wejściu do budynku naszym oczom ukazał się depozyt oraz stoiska z koszulkami i programem, jednak nikt nie zwracał na nie zbytniej uwagi – wszyscy kierowali się w stronę wejść do poszczególnych sektorów. Niektórzy poruszali się biegiem, żeby tylko zająć dobre miejsca. Hala była całkiem spora, choć nie wiem dlaczego spodziewałem się jeszcze większej przestrzeni. Udało mi się zająć stanowisko obserwacyjne zaraz przy bramce, praktycznie na samym środku. Teraz pozostało oczekiwanie, bo jeszcze godzina do rozpoczęcia. Ktoś podał mi transparent do zawiązania na bramce. Widniał na nim napis “we love” – “my kochać” … dosyć oryginalnie. Dopiero po całej imprezie zauważyłem, że dalej była flaga Polski i napis “robots”. Lubię muzykę grupy Kraftwerk, jednak z tego co udało mi się zauważyć, obecni na koncercie byli także naprawdę wierni fani. Jeden facet miał nawet na sobie czerwoną koszulę z czarnym krawatem i wyglądał jak wierna kopia muzyków z teledysku do utworu “Robots”.
Równo o 21:00 z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki. Ktoś z tłumu krzyknął – “Ach, ta niemiecka dokładność!”. Miał rację, bo sam byłem zdziwiony, że nie ma żadnych opóźnień. Tak oto naszym oczom ukazało się czterech podstarzałych facetów, w skórzanych kurtkach i obcisłych portkach, wyglądających jakby sprawdzali pocztę elektroniczną na swoich laptopach. Oto Kraftwerk!
Za nimi zamontowany był panoramiczny ekran, na którym wyświetlane były wizualizacje do utworów.
Jeśli Kraftwerk miałby tylko takich fanów jak ja, to nie byli by w najlepszych nastrojach po koncertach. Nie jestem niestety przyzwyczajony do wydawania z siebie gwizdów i ogólnie dźwięków podczas koncertu, więc jedynie trochę się pobujałem i klaskałem po zakończeniu utworów. Na całe szczęście publika składała się głównie z ludzi przejawiających większą ekspresję emocji, więc nie czułem się aż tak źle z moimi ograniczeniami.
Z tego co udało mi się dostrzec, muzyka, mimo że elektroniczna, była grana na żywo i pochodziła z komputerków stojących na czterech pulpitach. Były używane sample i syntezatory, jednak nie były to ścieżki odegrane z jakiegoś odtwarzacza jak mogło by się z pozoru wydawać.
Najbardziej moją uwagę zwrócił polski tekst w utworze “Taschenrechner” (“Kalkulator”) oraz protest-song “Radioaktivität”. Wydłużona wersja “Tour de Frace” była także niesamowicie hipnotyzująca, a “Das Model” i “Robots” to już klasyka. Jeśli chodzi o ten ostatni utwór, to przy konsoletach zamiast muzyków, pojawiły się ruchome roboty o ich twarzach, co zrobiło na wszystkich piorunujące wrażenie. Kraftwerk udowodnił, że nawet w muzykę elektroniczną można włożyć duszę.
W dalszej części członkowie grupy występowali w strojach z nałożoną fluorescyjną siatką wektorową, co w połączeniu z wizualizacją do “Aerodynamik” pozwalało się całkowicie oderwać od rzeczywistości.
Mimo bliskiej odległości od głośników, dźwięki nie urwały mi głowy i wszystko było słyszalne bardzo wyraźnie. Brawa należą się więc akustykowi, który halę nagłaśniał. Impreza przebiegła bez żadnych problemów, a nad wszystkim czuwało grono ochroniarzy, ratowników medycznych i strażaków.
Na koniec świetnego występu, muzycy po kolei pożegnali się z publiką poprzez krótkie solowe popisy na syntezatorach, a lider zespołu przemowił w naszym ojczystym języku, wypowiadając słowa – “Dobry wieczór Kraków. Do widzenia!”.
Wytłaczaliśmy się powoli z hali, a wierniejsi fani pstrykali sobie zdjęcia. Muszę zauważyć, że informacja o tym, że nie będzie można wnosić butelek, puszek, czy o tym, że fotografowanie czy uwiecznianie wydarzenia na nośnikach różnego typu będzie brutalnie tępione, była tylko zwykłym straszeniem ludzi, bo nikt niczego nie sprawdzał, poza biletami. Wszystko upłynęło w miłej atmosferze i przypuszczam, że wszyscy byli zadowoleni. Bilety na koncert były w cenach od 60 do 150zł, zależnie od sektora, jednak warto było każdych pieniędzy żeby zobaczyć to widowisko. Kto nie był, niech żałuje, bo zważywszy na wiek członków grupy Kraftwerk, nie wiadomo, czy to się jeszcze powtórzy …